RSS
wtorek, 28 marca 2017

Długo (prawie rok) się zastanawiałam nad tym wpisem. Wynika to z tego, że tematem jest śmierć. Musiałam się z nią oswoić, bo dotyczyła kogoś bardzo bliskiego.

Nie wdając się w szczegóły, zaczęłam myśleć nad swoim życiem i przeanalizowałam moje strachy. Doszłam do wniosku, że największym z nich jest śmierć, ale ta samotna. Jak byłam mała myślałam, że ludzie umierając, zawsze są w otoczeniu bliskich (żona, mąż, dziecko), a przynajmniej jeśli nie fizycznie to psychicznie (będąc myślami z umierającym). Nie przyszło mi jednak do głowy, że są takie sytuacje, gdzie umierającym nikt się nie interesuje. A przecież jest mnóstwo osób samotnych, o których nikt nie pyta.

Są ludzie, którym życie się nie ułożyło z różnych powodów i są skazani na to żeby umierać "po cichu". Społeczeństwo też dokłada swoje trzy grosze, mówiąc, że nie każdemu jest widocznie dane, umierać w towarzystwie kochających go osób albo widocznie Bóg tak chciał, czy nawet że te osoby same są sobie winne. Przyczyn samotności jest wiele, ale u licha nie nam oceniać i komentować. Nie jesteśmy w skórze tych osób, które są samotne.

Szczerze mówiąc nie wiem, czy jak będę umierać to ktoś przy mnie będzie (mężczyźni o ile są to odchodzą wcześniej). Nie wiem czy życie mi się ułoży na tyle, żeby na łożu śmierci mieć przy sobie kogoś bliskiego (nie mówię o przyjaciołach, znajomych)...

20:49, twardakobieta
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 kwietnia 2016

Poznałam w swoim życiu kilka osób z zaburzeniami odżywiania i zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak się dzieje. Chciałabym się skupić przede wszystkim na dziewczynach bo głównie z nimi mam do czynienia.

Żyjemy w świecie, który pokazuje nam zewsząd kult szczupłego (o ile nie wychudzonego) ciała. Każe nam się być takimi jak z okładek magazynów, mamy osiągać sukcesy itd. Nasza psychika jest tak głupio skonstruowana, że lubimy się wzorować na kimś i nieustannie porównywać (ja już się nauczyłam tego nie robić). Generalnie rzecz biorąc mamy być chodzącymi ideałami. Nie mamy dostatecznie wykształconej psychiki, żeby móc sobie poradzić z problemami, mamy tendencję to zaniżania swojej wartości przez porównywanie się do innych. 

Największy problem zaczyna się kiedy jesteśmy nastolatkami bo wtedy mamy mnóstwo kompleksów, hormony buzują, nie radzimy sobie z psychiką, nienawidzimy siebie. Zaczynamy (a przynajmniej większość) przybierać bardziej kobiecych kształtów, odkłada nam się tłuszcz no i słyszymy, że jesteśmy grube. Większość nie potrafi pogodzić się z tym, że w tym okresie nie będą takie szczupłe albo nawet wręcz chude. Niechęć do własnego ciała się pogłębia jak dorośli wtrącają swoje "trzy grosze". Nastolatkowie często słyszą od nich teksty w stylu: jak ty wyglądasz, zrób coś wreszcie, nie możesz tak wyglądać albo ale ty się zaniedbałaś. Do tego dochodzą też głupie uwagi rówieśników. Wtedy niektóre z nas próbują mieć kontrolę nad własnym ciałem w różny sposób np. przez ograniczanie racji żywieniowych albo ich zwracania.

Kolejną przyczyną są problemy rodzinne. Dla dorosłych pewne sprawy są oczywiste, dla nastolatków nie koniecznie. Zastanawiałam się jaki jest odsetek osób z zaburzeniami w rodzinach gdzie miał miejsce rozwód. Dzieciom każe się nie wtrącać w sprawy dorosłych i nie rozmawia się z nimi o tym, bo rzekomo nie jest to ich problem. Nie widzą tego, że młody człowiek ma inną psychikę niż dorośli. Uważam, że z dzieckiem powinno się rozmawiać o tym co się dzieje w związku. Oczywiście nie mówię, że należy przenosić problem na dziecko, ale powinno się przedyskutować tą sprawę. Większość rodziców robi wszystko żeby odseparować dziecko od małżonka, co ma być karą dla małżonka, ale to się odbija na dziecku.

Każdy kto przeszedł problemy z zaburzeniami odżywiania miał różne doświadczenia. Ja tylko piszę o tych, których ja wiem. Nie ukrywam, że chciałabym poznać więcej takich osób.

sobota, 03 października 2015

Miałam opory, żeby wrzucić ten wpis, ale tu na szczęście nie znają moich personaliów, więc jest to o tyle łatwiejsze

Znalazłam niedawno pamiętnik.

Pisany był między okresem dziecięcym a nastoletnim. Był pełen gorzkich słów, przemyśleń, dzisiaj bym tak nie pisała. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak się nie lubiłam, ale pewne rzeczy widzi się dopiero po czasie (niektórym to się udaje wcześniej). Sporo czasu mi to zajęło, ale kiedyś trzeba było.

Cieszę się, że wkroczyłam w inny etap życia, cieszę się, że nie jestem nastolatką. Dla mnie ten okres był pełen bólu, wstydu, strachu, nienawiści do siebie i do innych (nie będę pisać dlaczego). Ze wszystkim uporałam się sama bez czyjejkolwiek pomocy.

Po przekroczeniu trzydziestki zaczęłam lubić siebie. Kilka rzeczy odpuściłam, przestałam się porównywać do innych osób (to chyba było najważniejsze), potem zaakceptowałam swój wygląd, swoje cechy charakteru, zaakceptowałam siebie. Nie rozmieniam drobnych problemów na jeszcze drobniejsze. Skupiłam się na sobie, znam swoje potrzeby. Po prostu dorosłam a właściwie dojrzałam. Nadal mam problemy żeby mówić o swoich problemach, ale już jest dobrze.

poniedziałek, 30 marca 2015

Żyjemy w wielkim pędzie, chcemy mieć wszystko co najlepsze. Komunikujemy się jak najkrócej, wydajemy krótkie polecenia, ale nie potrafimy rozmawiać ze sobą. Nie mamy przyjaciół, tylko znajomych zawodowych. Nie mamy na to czasu, nie cieszymy się życiem. Goni nas czas.

Czas trochę zwolnić, ale nie mamy na to czasu. Gonimy za pieniędzmi, ale w tej gonitwie zapominamy o innych sprawach. Wśród moich znajomych jest wielu ludzi ok 40, którzy nie zwolnili w odpowiednim momencie, poza pieniędzmi nie mają tak na prawdę nic. Pośpiech sprzyja samotności, zauważyłam to jak zachorowałam, ale trzeba było zwolnić żeby to zauważyć.

Zwolnijmy choć raz na jakiś czas, tak tylko dla siebie.

poniedziałek, 03 listopada 2014

Jakiś czas temu miałam do czynienia z biegłymi zarówno sądowymi jak i zusowskimi. To pewnie nie będzie nic nowego co napiszę, ale miałam wrażenie, że rozmawiam (usiłuję rozmawiać będzie chyba bardziej na miejscu) z przybyszami z innej planety. Inaczej nie da się tego nazwać.

Na komisjach tłumaczyłam się ze swoich schorzeń, ale odniosłam wrażenie, że nie rozumieją co do nich mówię. Wydawało mi się, że moja polszczyzna jest raczej wyraźna, ale oni robili coraz większe oczy. Naiwna nie byłam i wiedziałam, że nie dostanę tego co chcę, ale miałam nadzieję, że napiszą w uzasadnieniu coś co będzie miało ręce i nogi. Efekt przekroczył moje najśmielsze oczekiwania, w swoim uzasadnieniu, napisali wszystko z wyjątkiem tego co mówiłam, treść miała się nijak do stanu faktycznego przedstawionego im przeze mnie (a może wiedzieli coś czego ja nie wiem). Do tego dochodzi sposób w jaki przeprowadza się badania. U mnie pani na rtg pomyliła prawą stronę z lewą, patrzyła się na te zdjęcia i nic nie rozumiał, a ja nie wiedziałam co powiedzieć.

Osoba, z którą dzisiaj rozmawiałam miała podobne przeżycia. Tak czy inaczej to są dziwni ludzie. Ja rozumiem, że oni muszą być po stronie ZUSu, ale to jest jakaś paranoja. Oczywiście żeby nie było, nie chcę uogólniać.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10